Odkopuję stare szkice - ciąg dalszy.
Rysowanie pozwalało mi zwykle rozładować emocje.
Nic godnego uwagi wówczas się nie "rodziło" (cóż, gniewne szuranie pędzlem po papierze, bez planu, koncepcji, ładu, składu...), poza tym jednym szkicem (tusz i długopis). Jakoś go lubię, chociaż przypomina o dość niemiłych wydarzeniach i niespecjalnie pokojowych fantazjach:
* Chyba wtedy słuchałam właśnie "Egzystencjalnego Pawia" (KLIKNIJ aby posłuchać), gdzie padają te inspirujące słowa... ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 stycznia 2014
niedziela, 17 listopada 2013
Kind of stardust from '90s & Dżinistan
DŻINISTAN
Jest w Astralu kraj dżinów, zwany Dżinistanem,
Gdzie spotkasz czarodzieja i skrzydlatą wieszczkę,
I szperających w kwiatach znachorów na łące...
Wiatr śmierci, ostry Safar, nigdy tam nie wieje,
Obce są tej krainie pogrzeby i deszcze...
W stolicy Dżinistanu, pieknym Szadu-Kiamie,
Wieczny jarmark szaleje w sklepów labiryntach.
Pachnie tam wonnościami jak wewnątrz hiacynta,
Klejnot leży pod nogą, a miłość nie kłamie
I wszystkie są tam dobra, wszystkie, prócz nadziei...
Gdzie spotkasz czarodzieja i skrzydlatą wieszczkę,
I szperających w kwiatach znachorów na łące...
Wiatr śmierci, ostry Safar, nigdy tam nie wieje,
Obce są tej krainie pogrzeby i deszcze...
W stolicy Dżinistanu, pieknym Szadu-Kiamie,
Wieczny jarmark szaleje w sklepów labiryntach.
Pachnie tam wonnościami jak wewnątrz hiacynta,
Klejnot leży pod nogą, a miłość nie kłamie
I wszystkie są tam dobra, wszystkie, prócz nadziei...
~ Maria Pawlikowska Jasnorzewska
------------------------------------------
*Porcja zapowiadanego kiczu. Ostrzegałam. Dla obniżenia śmiertelności zkolidowałam go z Pawlikowską, mam nadzieję, że nikogo nie przyprawiłam o refluks.
piątek, 15 listopada 2013
Studium focha w tuszu
"— Nadal jesteś wściekły?
Alec, oparty o ścianę windy, spiorunował Jace'a wzrokiem. - Nie jestem wściekły.
— Owszem, jesteś."*
Bazgroł na devie i bazgrołek na tumlerze.
Chłodno się zrobiło i mam z tego tytułu fazę na swetry. Wszędzie widzę sweterki - mięciuchne w dotyku, gęste sploty albo luźne skrzyżowania włókien, przypominające siec. I te ślicznie skrzące, z drobniutkimi cekinami, które były inspirowane - idę o zakład! - ściętą mrozem pierzyną śniegu, oświetloną blaskiem lampy w styczniową noc...
Przez te zmysłowe - bądź co bądź -fantazje zachciało mi się rysować swetry.
Wyciągnęłam notes bazgroląc na próbę warkocze wełny, kiedy nagle przed oczami stanął - nie wiedzieć czemu - obraz z przeczytanej jakiś czas temu serii pani Cassandry Clare. Gdyż jeden z jej Mrocznych Łowców (czy jaki im tam...) odznaczał się zamiłowaniem do mundurów - na służbie nosił skóry i tatuaże, a w cywilu wyłącznie czarne swetry i jeansy.
"— Gdzie byłeś przez całą noc? — zapytał Magnus cierpkim tonem. — Z Alekiem?
— Nie mogłem zasnąć, więc poszedłem na spacer — odparł Jace. — Wracając, natknąłem się na
tego smutasa snującego się po ganku. — Wskazał na przyjaciela.
Magnus się rozpromienił.
— Siedziałeś tam przez całą noc? — zapytał Aleca.
— Nie. Poszedłem do domu, a potem wróciłem. Zobacz, że mam inne ubranie.
Wszyscy na niego spojrzeli. Alec miał na sobie ciemny sweter i dżinsy, czyli dokładnie to samo co
poprzedniego dnia. Mimo to Clary postanowiła rozstrzygnąć wątpliwości na jego korzyść."*
Seria jest głupiutka, pełna bezsensów i genialna zarazem - ma w sobie wszystko to, czego fani poczytnych książek w owych książkach nie znajdują, a czego szukają na fanfiction.net. Pani Cassandra zna potrzeby rynku. "Mortal Instrument" to gigantywczy fanfic w który upchano wszystko to, co napędza popularność serwisu fan fiction. Taki wieki, szesciotomowy worek na ulubione wątki (homoseksualizm, seks, zakazana miłość, wojna, wampiry, wilkołaki, Harry Potter, Anime, Bleach itp) z wartką akcją, absurdem i heroizmem.**
Sam Alec (bo niebieskooki mundurowy w swetrze to Alec) postacią lubliwą jest. Taki uroczy Uke, trochę ciapa, trochę romantyk i zakompleksiony nacjonalista. Bardzo chciałam narysować go z miną, która - moim zdaniem - najlepiej oddaje jego "cierpienia" z serii. "Foch! Foch, foch, foch i na wszystko, co dotyczy heteroseksualnych blondynów - powiadam foch!" ;)
Dobra nuta na piątek (nawet w klimacie fandomu mojego fanarta - tyle krwi się tam leje...):
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Cytowane fragmenty z "Mortal Instruments II: City of Ashes"
** A ja sobie nabijam lajki na fali popularności tego czytadła. Life is hard and marketing is future! ;)
Alec, oparty o ścianę windy, spiorunował Jace'a wzrokiem. - Nie jestem wściekły.
— Owszem, jesteś."*
Bazgroł na devie i bazgrołek na tumlerze.
Chłodno się zrobiło i mam z tego tytułu fazę na swetry. Wszędzie widzę sweterki - mięciuchne w dotyku, gęste sploty albo luźne skrzyżowania włókien, przypominające siec. I te ślicznie skrzące, z drobniutkimi cekinami, które były inspirowane - idę o zakład! - ściętą mrozem pierzyną śniegu, oświetloną blaskiem lampy w styczniową noc...
Przez te zmysłowe - bądź co bądź -fantazje zachciało mi się rysować swetry.
Wyciągnęłam notes bazgroląc na próbę warkocze wełny, kiedy nagle przed oczami stanął - nie wiedzieć czemu - obraz z przeczytanej jakiś czas temu serii pani Cassandry Clare. Gdyż jeden z jej Mrocznych Łowców (czy jaki im tam...) odznaczał się zamiłowaniem do mundurów - na służbie nosił skóry i tatuaże, a w cywilu wyłącznie czarne swetry i jeansy.
"— Gdzie byłeś przez całą noc? — zapytał Magnus cierpkim tonem. — Z Alekiem?
— Nie mogłem zasnąć, więc poszedłem na spacer — odparł Jace. — Wracając, natknąłem się na
tego smutasa snującego się po ganku. — Wskazał na przyjaciela.
Magnus się rozpromienił.
— Siedziałeś tam przez całą noc? — zapytał Aleca.
— Nie. Poszedłem do domu, a potem wróciłem. Zobacz, że mam inne ubranie.
Wszyscy na niego spojrzeli. Alec miał na sobie ciemny sweter i dżinsy, czyli dokładnie to samo co
poprzedniego dnia. Mimo to Clary postanowiła rozstrzygnąć wątpliwości na jego korzyść."*
Seria jest głupiutka, pełna bezsensów i genialna zarazem - ma w sobie wszystko to, czego fani poczytnych książek w owych książkach nie znajdują, a czego szukają na fanfiction.net. Pani Cassandra zna potrzeby rynku. "Mortal Instrument" to gigantywczy fanfic w który upchano wszystko to, co napędza popularność serwisu fan fiction. Taki wieki, szesciotomowy worek na ulubione wątki (homoseksualizm, seks, zakazana miłość, wojna, wampiry, wilkołaki, Harry Potter, Anime, Bleach itp) z wartką akcją, absurdem i heroizmem.**
Sam Alec (bo niebieskooki mundurowy w swetrze to Alec) postacią lubliwą jest. Taki uroczy Uke, trochę ciapa, trochę romantyk i zakompleksiony nacjonalista. Bardzo chciałam narysować go z miną, która - moim zdaniem - najlepiej oddaje jego "cierpienia" z serii. "Foch! Foch, foch, foch i na wszystko, co dotyczy heteroseksualnych blondynów - powiadam foch!" ;)
Dobra nuta na piątek (nawet w klimacie fandomu mojego fanarta - tyle krwi się tam leje...):
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Cytowane fragmenty z "Mortal Instruments II: City of Ashes"
** A ja sobie nabijam lajki na fali popularności tego czytadła. Life is hard and marketing is future! ;)
Etykiety:
alec,
Alec Lightwood,
black jumper,
Dary Anioła,
Fanart,
fanart for friday,
illustration,
ilustracje,
ink,
jumper,
Miasto kości,
Miasto Popiołów,
Mortal Instruments,
sketch,
swetry,
szkice,
sztuka,
tusz
sobota, 9 listopada 2013
Epicka Legenda Pierwszego Avatara
Po długiej przerwie od internetu - oraz malowania, niestety - wracam ze skarbnicą inspiracji.
Jeżeli nie miałeś/miałaś okazji zagłębić się w trzy-sezonową serię Avatar: The Last Airbender / Awatar: Legenda Aanga, ani w jej sequel - Legend of Korra / Legendę Korry, a póki co i tak nie znajdziesz na to czasu - zapraszam na niemal niezależną, prawdziwie epicką historię będącą Kamieniem Węgielnym całego uniwersum Avatara.
Dwa epizody (łącznie niemal godzinny seans) drugiego sezonu Korry są w całości poświęcone genezie powstania wyjątkowej jednostki, która odradza się przez wieki według określonego cyklu, w różnych nacjach swojego świata, aby być strażnikiem równowagi - zarówno w sferze politycznej i duchowej, gdyż tylko awatar może opanować moc wszystkich czterech żywiołów i stać się "mostem" między światem duchowym i materialnym. Opowieść jest zupełnie wyrwana z kontekstu, a z przygodami Korry łączy ją wstęp i zakończenie właściwie wolne od spoilerów. Malownicza baśń jest przedstawiona w formie gawędy: wcześniejsze wcielenie opowiada dzieje swojego życia nowszemu.
Jeżeli nie miałeś/miałaś okazji zagłębić się w trzy-sezonową serię Avatar: The Last Airbender / Awatar: Legenda Aanga, ani w jej sequel - Legend of Korra / Legendę Korry, a póki co i tak nie znajdziesz na to czasu - zapraszam na niemal niezależną, prawdziwie epicką historię będącą Kamieniem Węgielnym całego uniwersum Avatara.
Dwa epizody (łącznie niemal godzinny seans) drugiego sezonu Korry są w całości poświęcone genezie powstania wyjątkowej jednostki, która odradza się przez wieki według określonego cyklu, w różnych nacjach swojego świata, aby być strażnikiem równowagi - zarówno w sferze politycznej i duchowej, gdyż tylko awatar może opanować moc wszystkich czterech żywiołów i stać się "mostem" między światem duchowym i materialnym. Opowieść jest zupełnie wyrwana z kontekstu, a z przygodami Korry łączy ją wstęp i zakończenie właściwie wolne od spoilerów. Malownicza baśń jest przedstawiona w formie gawędy: wcześniejsze wcielenie opowiada dzieje swojego życia nowszemu.
W
innej erze i innym czasie, kiedy ludzie byli niemal bezbronni wobec
potęgi i niebezpieczeństw natury, młody człowiek eksploruje świat
omijając utarte ścieżki. W dwuczęściowy " The Beginnig" wpisuje się
odwieczna walka dobra ze złem, elementy człowieczej dydaktyki właściwej
opowieścią o bohaterstwie (popełnianie błędów i mądre radzenie sobie z
konsekwencjami), podróż przez nieznane, miasta budowane na grzbietach
olbrzymich stworzeń, mądrych Lwo-żółwi, przyjaźń i duszek mieszkający w
imbryku do herbaty.
Historia wrażliwego miastowego nicponia Wana posiada niemal wszystkie
elementy legendy, a rozmach z jakim ją zrealizowano tworzy epickie
widowisko. Na ekranie ożywają starochińskie obrazy w czarnym tuszu:
znad miękkiej mgły majaczą szczyty ostrych wzniesień, pola przesiąkają
ciepłym brązem jak farba na papierze ryżowym, a po niebie wędrują kłęby
obłoków o grubych, przerysowanych konturach. To czysta sztuka! Za te cuda bierze pełną i
dumną odpowiedzialność Południowokoreańskie Studio Mir.
Projekt postaci i animacja walk nie odbiega od standardu znanego z Legendy Korry z sezonu pierwszego - Studio Mir wróciło do projektu wraz z godzinnym "The Beginning". Muzyka bardziej przypomina tę znaną z przygód Aanga, niż jazzowe brzmienia Korry, co jest zrozumiałe - Wanowi daleko do wynalezienia radia, metropoli czy satomobilu. Oczywiście za scenariusz odpowiedzialny jest amerykański duet wizjonerski,
który popełnił całe uniwersum Avatara - Michael Di Martino i Brian
Konietzko.
Ciekawostką jest imię pierwszego Avatara - celowo fonetycznie "Wan" brzmi, jak "One" [eng. jeden].
Zagwozdką jest również "wymieszanie" chińskich bóstw Raavy i Vaatu z ich odpowiednikami z Taoizmu (z racji, że nacja Nomadów Powietrza jest wariacją twórców na temat Taoizmu ten koncept może powodować pewien chaos w szkicu uniwersum Avatara... ale nie musi) - to, co u jednych jest złem, u drugich jest dobrem. I odwrotnie.
Zapraszam na "The Beginninh, part 1" oraz na "The Beginning, part 2", przyjemnego seansu!
Etykiety:
animacja,
animacje,
anime,
art,
Avatar,
chinese,
chińskie malarstwo,
fairy-tales,
illustration,
illustrations,
Legend of Korra,
legendy,
sztuka,
Wan
środa, 12 czerwca 2013
Córki Kapelusznika
Nie mogę ukończyć tej ilustracji - albo kolory są nie takie, albo zły papier... męczy mnie przerysowywanie co rusz oryginału.Kserowanie szkicu na papier odpowiedni do malowania też odpada (tak twierdzą pracownicy punktów drukarskich). Zaś sam szkic (szkic tuszem, A3) uważam, za całkiem udany, więc po tylu latach zdecydowałam się go puścić w świat.
Zapraszam do "Ruchomego Zamku Howla" pióra pierwszej damy fantasy, Diany Wynne Jones:
"W krainie Ingarii, gdzie siedmiomilowe buty i płaszcze-niewidki istnieją naprawdę, pechowo jest się urodzić jako najstarsze z trójki rodzeństwa. Wszyscy wiedzą, że ty pierwsza poniesiesz klęskę, i to najgorszą. jeśli cała trójka wyruszy szukać szczęścia.
Sophie Kapeluszniczka była najstarsza z trzech sióstr. Nie była nawet córką biednego drwala, który mógł jej zapewnić jakieś szanse na sukces. Jej rodzice, ludzie zamożni, prowadzili sklep z damskimi kapeluszami w kwitnącym miasteczku Market Chipping. Matka Sophie zmarła, kiedy dziewczynka miała dwa lata, a jej siostrzyczka Lettie zaledwie rok. Ojciec poślubił najmłodszą sprzedawczynię w sklepie, ładną blondynkę, Fanny.
Fanny wkrótce urodziła trzecią siostrę, Martę. Sophie i Lettie powinny wtedy zmienić się w Brzydkie Siostry, ale w rzeczywistości wszystkie trzy wyrosły na bardzo ładne panny, chociaż Lettie uważano za najpiękniejszą. Fanny jednakowo dobrze traktowała wszystkie trzy siostry iani trochę nie faworyzowała Marty.
Pan Kapelusznik był dumny ze swoich trzech córek i posłał wszystkie do najlepszej szkoły w mieście. Sophie uczyła się najlepiej. Dużo czytała i bardzo szybko zdała sobie sprawę, że jej przyszłość zapowiada się nieciekawie. To ją rozczarowało, ale na razie 'dzielnie opiekowała się rodzeństwem i przygotowywała Martę, żeby w odpowiednim czasie wyruszyła szukać szczęścia.
Dwie młodsze siostry często skakały sobie do oczu. Lettie bynajmniej nie pogodziła się z faktem, że jako drugą w kolejności czeka ją najgorszy los po Sophie.
- To niesprawiedliwe! - krzyczała. - Czemu Marta ma dostać wszystko, co najlepsze tylko dlatego, że urodziła się ostatnia? To ja poślubię księcia i już!
Na co Marta zawsze odpowiadała, że ona wcale nie musi za nikogo wychodzić, i tak będzie obrzydliwie bogata.
Potem Sophie odciągała od siebie skłócone dziewczynki i cerowała im sukienki. Bardzo zręcznie radziła sobie z igłą. Z czasem zaczęła również szyć stroje dla sióstr, Pewna ciemnoróżowa kreacja, którą uszyła dla Lettie, na Majowe Święto, zanim ta opowieść naprawdę się zaczyna, zdaniem Fanny wyglądała tak, jakby pochodziła z najdroższego sklepu w Kingsburry."
Którą z sióstr polubiliście?
(Brak kolorów zaburza istotną rzecz - nie widać, że Sophie jest rudzielcem.)
Chociaż ubóstwiam ekranizację Miyazakiego, to jednak książkowa wersja mnie ujęła znacznie bardziej. Przez wiele lat nie ruszałam się bez niej z domu - służyła mi za swego rodzaju talizman.
Cudowna muzyka Joe Hisaishi:
czwartek, 30 maja 2013
Food ART
W żadnym wypadku nie zamierzam zmieniać charakteru tego bloga z artystycznego na kulinarny!
Kuchnia dla mnie nie jest wprawdzie terenem dzikim i nieodkrytym, ale czuję się w niej, jak Guliwer u Liliputów, jak Pinokio w Krainie Termitów, jak Frodo w Mordorze. Krótko mówiąc: nie na miejscu. Nigdy nie wiadomo, które z nas poniesie większe obrażenia, kiedy wchodzimy w bliższy kontakt.
Przypadek sprawił, że dzisiaj mnie natchnęło do gotowania, a to zjawisko ma miejsce nie częściej niż raz na kwartał. Wówczas, przez cały dzień, z przyjemnością wybebeszam domowe zapasy by naprodukować smakołyków. Zawsze sięgam po nowe, często egzotyczne przepisy, jednak tym razem zapragnęło się pospolitych rogali i muffinek!
Rogale cynamonowe to moja [nasza] ulubiona pozycja menu w Opolskim "Pożegnaniu z Afryką" - kawa, herbata, mate, cokolwiek, ale jako dodatek obowiązkowo rogal! Zapach cynamonu mnie zawsze zniwala!
Przepis na rogale cynamonowe zaczerpnęłam z Łasuch-na-dziecie.
Smakują wyśmienicie!
Prezentują się tak:
Układając wypieki w koszyku (z żebrzącym pieskiem plączącym się pod nogami), tworząc pseudo-folkową stylizację, trafiło we mnie, że fotografowanie jedzenia w taki sposób aby wyglądało apetycznie i artystycznie, jest niemałym wyzwaniem. Sztuka ta powszednieje wraz z zawrotnie mnożącymi się blogami i stronami kulinarnymi, jednakże to również zwraca uwagę na dobry warsztat fotograficzny kulinarnych-blogerów!
Przepis na muffinki ściągnęłam z bloga Oregano & Cynamon (magiczne słowo w nazwie bloga ;) )
[Jestem ofiarą losu. Proszę okazać miłosierdzie i nie komentować żałośnie wyciśniętego kremu...]
Z proporcji, które zawiera przepis wychodzi około 10 muffinek. Musiałam dorabiać ciasto, bo pierwsza partia poszła w kilka chwil. Kremu zaś z góry zrobiłam dwa razy więcej - został w nadmiarze (nie potrafiłam go nakładać, to pewnie dlatego).
[Zdjęcia trzaskane komórą - aparat mi wysiadł. Pardon. ]
Z ciekawości przekopywałam siec w poszukiwaniu prawdziwych FoodArtów, sporo tego, ale do gustu najbardziej przypadła mi (swoją genialnością w prostocie) Ida Frosk, ze szczególnym wyróżnieniem dla "Późnego Śniadania dla Nocnych Marków":
Nie dziwi mnie, że w dekorowaniu jedzenia (tu: dekorowaniem jedzeniem) przodują Azjaci. W ich kulturze kulinaria są bardzo ważne i od dawna przyjmowały formę sztuki -jak najbardziej- obrazkowej. Za przykład posłuży mi krótki artykuł o food-artystce, Hong Yi.
Podobnych dzieł jest w sieci tysiące. Ich autorzy popisali się imponującym wyczuciem smaku i kreatywnością, aż chce się zakasać rękawy by stworzyć coś samemu... i tu mnie drażni aspekt nietrwałości, "przemijania" tego rodzaju sztuki.
Akurat jestem na czasie z Ludźmi Lodu (i pewnie przez jakiś czas jeszcze będę, gdyż moje najbliższe otoczenie właśnie przedziera się przez kolejne tomy Sagi), gdzie niedawno przeczytałam fragment, który klarownie wyjaśnił moją niechęc do gotowania czy kuchni samej w sobie:
"Nie była wielką artystką, miała jednak w sobie to coś, co od wieków inspiruje twórców. A ponieważ nie lubiła pracy we dworze, tym większe stawiała sobie wymagania. Nie znosiła patrzeć, jak niszczy się pięknie nakryty stół, a starannie przystrojone danie znika, nienawidziła też widoku wyszorowanej do białości kuchni zawalonej brudnymi talerzami i garnkami, zwłaszcza że wszystko to trzeba było robić jeszcze raz i jeszcze raz... Wiecznie powtarzające się czynności w domu, w oborze i w stajni dokuczały jej bardziej, niż śmiała to przyznać sama przed sobą. Człowiek, który tworzy, większość rzeczy wykonuje tylko jeden jedyny raz. Przy powtarzaniu zanika żar, siła natchnienia."
- M. Sandemo
Ciekawi mnie, czy Food Artystów nie drażni, że ich portfolio to jedynie fotografie, które są setnym ułamkiem pracy, jaką włożyli w powstanie swoich obrazów...
Na dzisiejsze oberwanie chmury polecam choreografię (parasol o drewnianej rączce obowiązkowy):
Kuchnia dla mnie nie jest wprawdzie terenem dzikim i nieodkrytym, ale czuję się w niej, jak Guliwer u Liliputów, jak Pinokio w Krainie Termitów, jak Frodo w Mordorze. Krótko mówiąc: nie na miejscu. Nigdy nie wiadomo, które z nas poniesie większe obrażenia, kiedy wchodzimy w bliższy kontakt.
Przypadek sprawił, że dzisiaj mnie natchnęło do gotowania, a to zjawisko ma miejsce nie częściej niż raz na kwartał. Wówczas, przez cały dzień, z przyjemnością wybebeszam domowe zapasy by naprodukować smakołyków. Zawsze sięgam po nowe, często egzotyczne przepisy, jednak tym razem zapragnęło się pospolitych rogali i muffinek!
Rogale cynamonowe to moja [nasza] ulubiona pozycja menu w Opolskim "Pożegnaniu z Afryką" - kawa, herbata, mate, cokolwiek, ale jako dodatek obowiązkowo rogal! Zapach cynamonu mnie zawsze zniwala!
Przepis na rogale cynamonowe zaczerpnęłam z Łasuch-na-dziecie.
Smakują wyśmienicie!
Prezentują się tak:
Układając wypieki w koszyku (z żebrzącym pieskiem plączącym się pod nogami), tworząc pseudo-folkową stylizację, trafiło we mnie, że fotografowanie jedzenia w taki sposób aby wyglądało apetycznie i artystycznie, jest niemałym wyzwaniem. Sztuka ta powszednieje wraz z zawrotnie mnożącymi się blogami i stronami kulinarnymi, jednakże to również zwraca uwagę na dobry warsztat fotograficzny kulinarnych-blogerów!
Przepis na muffinki ściągnęłam z bloga Oregano & Cynamon (magiczne słowo w nazwie bloga ;) )
[Jestem ofiarą losu. Proszę okazać miłosierdzie i nie komentować żałośnie wyciśniętego kremu...]
Z proporcji, które zawiera przepis wychodzi około 10 muffinek. Musiałam dorabiać ciasto, bo pierwsza partia poszła w kilka chwil. Kremu zaś z góry zrobiłam dwa razy więcej - został w nadmiarze (nie potrafiłam go nakładać, to pewnie dlatego).
[Zdjęcia trzaskane komórą - aparat mi wysiadł. Pardon. ]
Z ciekawości przekopywałam siec w poszukiwaniu prawdziwych FoodArtów, sporo tego, ale do gustu najbardziej przypadła mi (swoją genialnością w prostocie) Ida Frosk, ze szczególnym wyróżnieniem dla "Późnego Śniadania dla Nocnych Marków":
Nie dziwi mnie, że w dekorowaniu jedzenia (tu: dekorowaniem jedzeniem) przodują Azjaci. W ich kulturze kulinaria są bardzo ważne i od dawna przyjmowały formę sztuki -jak najbardziej- obrazkowej. Za przykład posłuży mi krótki artykuł o food-artystce, Hong Yi.
Podobnych dzieł jest w sieci tysiące. Ich autorzy popisali się imponującym wyczuciem smaku i kreatywnością, aż chce się zakasać rękawy by stworzyć coś samemu... i tu mnie drażni aspekt nietrwałości, "przemijania" tego rodzaju sztuki.
Akurat jestem na czasie z Ludźmi Lodu (i pewnie przez jakiś czas jeszcze będę, gdyż moje najbliższe otoczenie właśnie przedziera się przez kolejne tomy Sagi), gdzie niedawno przeczytałam fragment, który klarownie wyjaśnił moją niechęc do gotowania czy kuchni samej w sobie:
"Nie była wielką artystką, miała jednak w sobie to coś, co od wieków inspiruje twórców. A ponieważ nie lubiła pracy we dworze, tym większe stawiała sobie wymagania. Nie znosiła patrzeć, jak niszczy się pięknie nakryty stół, a starannie przystrojone danie znika, nienawidziła też widoku wyszorowanej do białości kuchni zawalonej brudnymi talerzami i garnkami, zwłaszcza że wszystko to trzeba było robić jeszcze raz i jeszcze raz... Wiecznie powtarzające się czynności w domu, w oborze i w stajni dokuczały jej bardziej, niż śmiała to przyznać sama przed sobą. Człowiek, który tworzy, większość rzeczy wykonuje tylko jeden jedyny raz. Przy powtarzaniu zanika żar, siła natchnienia."
- M. Sandemo
Ciekawi mnie, czy Food Artystów nie drażni, że ich portfolio to jedynie fotografie, które są setnym ułamkiem pracy, jaką włożyli w powstanie swoich obrazów...
Na dzisiejsze oberwanie chmury polecam choreografię (parasol o drewnianej rączce obowiązkowy):
środa, 24 kwietnia 2013
Witam!
Wreszcie się w sobie zebrałam dostateczne pokłady cierpliwości (po trzech miesiącach przygotowań...) by ogarnąć meandry blogspota.
Blog będzie miał charakter rzemieślniczo-artystyczny. Chcę się podzielić (i co tu kryć: zareklamować) swoje prace. Troszkę tego jest: malarstwo, rzeźba, fotografia, literatura, ale przede wszystkim ilustracje.
Jeżeli pojawią się zainteresowani mogłabym przygotować kilka tutoriali z malarstwa akwarelowego.
Chwilowo, na poły z lenistwa, na poły z braku czasu, blog będzie prowadzony po polsku, później/niedługo chciałabym uskuteczniać wersję dwujęzyczną.
Zapraszam do śledzenia mojej strony(stalkingmania?) i za zainteresowanie dziękuję!
Moja galeria deviantART
Blog będzie miał charakter rzemieślniczo-artystyczny. Chcę się podzielić (i co tu kryć: zareklamować) swoje prace. Troszkę tego jest: malarstwo, rzeźba, fotografia, literatura, ale przede wszystkim ilustracje.
Jeżeli pojawią się zainteresowani mogłabym przygotować kilka tutoriali z malarstwa akwarelowego.
Chwilowo, na poły z lenistwa, na poły z braku czasu, blog będzie prowadzony po polsku, później/niedługo chciałabym uskuteczniać wersję dwujęzyczną.
Zapraszam do śledzenia mojej strony(stalkingmania?) i za zainteresowanie dziękuję!
Moja galeria deviantART
Subskrybuj:
Posty (Atom)















