Pokazywanie postów oznaczonych etykietą illustrations. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą illustrations. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

Pater familius - Lind Av Isfolket 1548 – 1940




Naszkicowałam to jakiś rok temu po odświeżeniu Sagi o Ludziach Lodu. Staroć.
I nic specjalnego - po prostu proste wyobrażenia.

W książce, gdzieś na wysokości tomów o dziejach Heikego pada określenia Pater Familius, co znaczy po prostu Głowa Rodziny, ale w odniesieniu do książkowego rodu oznacza również osobę zrzeszającą w każdym pokoleniu członków rodziny i przekazywanie rodowego nazwiska (Lind z Ludzi Lodu).
Najstarszy syn najstarszego syna i tak dalej... (ojcowie po lewej, synowie po prawej)

Na Deviancie opisałam odrobinę więcej względem imion postaci, roczników i tomów w których występują. Zapraszam!

Starałam się oddać kilka wyraźnie zaznaczonych w sadze cech, jak fizyczne deformacje Tengela i Heikego;


Tengel II (Dobry) & Are Lind
 
jak blizna Dana w kąciku ust; jak fakt, że Dominik rozpoczął "długą linię mężczyzn o ciemnej karnacji, ciemnych oczach i włosach", którą przerwał dopiero Eskil-rudzina;


Dominik Lind, Tengel III Lind & Dan Lind

Daniel Ingridson Lind & Solve Lind

Heike Lind & Eskil Lind

żółte oczęta czworga spośród bohaterów ujętych na szkicu i kędziory Solvego (wolałam go narysować, jako chłopca - bałam się, że nawalę z "pięknym" mężczyzną).
Wiem, że to książkowy Mikael nosił brodę, a nie Tarjei, ale jakoś mi pasowała...

Tarjei Lind & Mikael Lind


Jak widać (bo nie starałam się tego wygładzać ani tuszować) szkice wykonane na trzech kartkach beznadziejnego papieru, który nie lubi akwarelek... khem, mam szczęście do znajdowania w domu dużych arkuszy papieru, które kuszą przestrzenią, a które później zupełnie rozwalają mi koncepcję.

Viljar Lind & Henning Lind


 Podoba mi się, jak ostatecznie wyszedł Viljar - peleryna Świętego Jerzego, zacięta mina, pasuje - oraz Dan. Nie wiem dlaczego pałam taką sympatią do tego bohatera, przecież był dość sztywny i zwyczajny... Chyba dlatego, że w swojej erze był jedynym (cichutkim) głosem rozsądku pośród zatrzęsienia wiedźm, czarnoksiężników, złych duchów i innym śmiertelnie niebezpiecznych przygód podczas, gdy on chciał po prostu oddać się badaniom z dziedziny botaniki... no i ostatecznie się oddał zapamiętale tak, że z tego dziecko wyszło...

Która Twarz się Tobie spodobała?
A może któraś zupełnie nie pasuje do wyobrażeń?

sobota, 9 listopada 2013

Epicka Legenda Pierwszego Avatara

Po długiej przerwie od internetu - oraz malowania, niestety - wracam ze skarbnicą inspiracji.

Jeżeli nie miałeś/miałaś okazji zagłębić się w trzy-sezonową serię Avatar: The Last Airbender / Awatar: Legenda Aanga, ani w jej sequel - Legend of Korra / Legendę Korry, a póki co i tak nie znajdziesz na to czasu - zapraszam na niemal niezależną, prawdziwie epicką historię będącą Kamieniem Węgielnym całego uniwersum Avatara.


Dwa epizody (łącznie niemal godzinny seans) drugiego sezonu Korry są w całości poświęcone genezie powstania wyjątkowej jednostki, która odradza się przez wieki według określonego cyklu, w różnych nacjach swojego świata, aby być strażnikiem równowagi - zarówno w sferze politycznej i duchowej, gdyż tylko awatar może opanować moc wszystkich czterech żywiołów i stać się "mostem" między światem duchowym i materialnym. Opowieść jest zupełnie wyrwana z kontekstu, a z przygodami Korry łączy ją wstęp i zakończenie właściwie wolne od spoilerów. Malownicza baśń jest przedstawiona w formie gawędy: wcześniejsze wcielenie opowiada dzieje swojego życia nowszemu.


 

W innej erze i innym czasie, kiedy ludzie byli niemal bezbronni wobec potęgi i niebezpieczeństw natury, młody człowiek eksploruje świat omijając utarte ścieżki. W dwuczęściowy " The Beginnig" wpisuje się odwieczna walka dobra ze złem, elementy człowieczej dydaktyki właściwej opowieścią o bohaterstwie (popełnianie błędów i mądre radzenie sobie z konsekwencjami), podróż przez nieznane, miasta budowane na grzbietach olbrzymich stworzeń, mądrych Lwo-żółwi, przyjaźń i duszek mieszkający w imbryku do herbaty. 

 Historia wrażliwego miastowego nicponia Wana posiada niemal wszystkie elementy legendy, a rozmach z jakim ją zrealizowano tworzy epickie widowisko. Na ekranie ożywają starochińskie obrazy w czarnym tuszu: znad miękkiej mgły majaczą szczyty ostrych wzniesień, pola przesiąkają ciepłym brązem jak farba na papierze ryżowym, a po niebie wędrują kłęby obłoków o grubych, przerysowanych konturach. To czysta sztuka! Za te cuda bierze pełną i dumną odpowiedzialność Południowokoreańskie Studio Mir.



Projekt postaci i animacja walk nie odbiega od standardu znanego z Legendy Korry z sezonu pierwszego - Studio Mir wróciło do projektu wraz z godzinnym "The Beginning". Muzyka bardziej przypomina tę znaną z przygód Aanga, niż jazzowe brzmienia Korry, co jest zrozumiałe - Wanowi daleko do wynalezienia radia, metropoli czy satomobilu. Oczywiście za scenariusz odpowiedzialny jest amerykański duet wizjonerski, który popełnił całe uniwersum Avatara - Michael Di Martino i Brian Konietzko.

Ciekawostką jest imię pierwszego Avatara - celowo fonetycznie "Wan" brzmi, jak "One" [eng. jeden]. 

Zagwozdką jest również "wymieszanie" chińskich bóstw Raavy i Vaatu z ich odpowiednikami z Taoizmu (z racji, że nacja Nomadów Powietrza jest wariacją twórców na temat Taoizmu ten koncept może powodować pewien chaos w szkicu uniwersum Avatara... ale nie musi) - to, co u jednych jest złem, u drugich jest dobrem. I odwrotnie.

Zapraszam na "The Beginninh, part 1" oraz na "The Beginning, part 2", przyjemnego seansu!

sobota, 15 czerwca 2013

Demon i Panna




"Heike postanowił, że sam zdejmie koszulę, żeby nie wiem co. Niech się dzieje, co chce. Potem położy koszulę na sobie tak, by Vinga widziała tylko ranę, nic więcej. Za nic na świecie nie chciał dopuścić, aby zobaczyła te jego zdeformowane barki albo włochate jak u zwierzęcia piersi. Nie ona. Nie Vinga!
Ale nie wziął pod uwagę jej woli. Kiedy wróciła, leżał przykryty pięknie udrapowaną koszulą tak, że tylko prawy bok był odsłonięty. Skóra na boku była zdarta do żywego ciała i wciąż jeszcze z ran sączyła się krew.
- No, to teraz zobaczymy - powiedziała jeszcze raz i poważnie zmarszczyła brwi. Z miną godną profesora chirurgii studiowała rany, a po chwili, jakby mimochodem, odsunęła koszulę na bok. Heike pociągnął ją gwałtownie ku sobie, ale co się miało stać, to już się stało.
Vinga zapomniała o ranach. Delikatnie odsunęła na bok alraunę.
Ufnie spoglądała na niego jasnym wzrokiem.
- Boże odpuść, naprawdę różnisz się od innych mężczyzn, których do tej pory widziałam!
- A wielu ich widziałaś? - zapytał bezbarwnym głosem.
- No, widziałam przecież tatę. I parobków podczas sianokosów, kiedy było tak gorąco, że zdejmowali koszule. I widziałam też pewnego małego chłopca, który latem biegał nago. Więc oczywiście wiem, jak mężczyźni są zbudowani! Ale ty jesteś dużo bardziej owłosiony niż tamci. No i masz te ramiona. Czy mogę ich dotknąć?
Heike cierpiał. Prawe ramię nie było tak podrapane jak cały bok, ale on nawet tego nie zauważył. Vinga zabrała się najpierw za te lżejsze rany.
- Jakie masz spiczaste ramiona - szepnęła zafascynowana, głaszcząc go delikatnie. - To niezwykłe uczucie być tak blisko jednego z dotkniętych Ludzi Lodu. Dla mnie była to jedynie legenda. Mam na myśli te mordercze ramiona i wszystkie te sprawy.
- Uważam, że mogłabyś być trochę bardziej delikatna.
- Dlaczego? - zapytała dziecinnie. - Chyba się nie wstydzisz, że jesteś taki? Ja myślę, że jesteś fantastyczny, wiesz. I taki mnie przenika przyjemny dreszcz, kiedy cię dotykam.
- Vinga! - powiedział surowo. - Moje rany trzeba opatrzyć.
- O, tak, już, już!
Heike wzdychał i drżał na całym ciele.
Ale Vinga była zręczna. Rzeczywiście wiedziała, co robi, i miała znacznie większe pojęcie o sztuce leczenia, niż mógł się spodziewać. Za pomocą szczególnej mieszaniny naturalnych środków i bardziej zaawansowanej sztuki leczniczej opatrzyła go delikatnie i troskliwie.
- W porządku? - powiedziała wreszcie. - Góra gotowa, a teraz reszta.
- Z tym poradzę sobie sam! - Heike omal nie eksplodował.
- Głupstwa gadasz! Zdejmuj spodnie!
- Zostaw mnie! - syknął przez zęby.
- A zresztą i tak całe są podarte – oświadczyła chłodno i bez zastanowienia zerwała z niego spodnie.
- Popatrz na swoje biodro, tu masz dopiero ranę, spójrz!
Potem zamilkła. Heike bezskutecznie próbował odszukać choćby kawałek podartych spodni, żeby się okryć, ale ona odrzuciła je daleko.
- Oj! - jęknęła nagle.
Poczuła, że się czerwieni.
-  Ależ była bezmyślna!  - Usiadła obok Heikego, plecami do tego czegoś niezrozumiale wielkiego, i patrzyła na niego ciepło.
- Ja nie chciałam, Heike, taka bywam czasami głupia. Ale nie powinieneś się krępować, bo ja uważam, że jesteś bardzo ładny.
- Kochana Vingo, czy nie zechciałabyś podać mi tej resztki spodni, które rzuciłaś na podłogę?"


 Co sądzicie o deformacji ciała Heikego?
 Nadal jest "zbyt ładny", jak na nieforemnego brzydala?
 [Na detalu lepiej widać wyraz jego twarzy]


  - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Skaner zmienił kolory oryginału.
Przyznaję, że chociaż kompozycyjnie nie jest to zaburzona praca, to coś w zeskanowanej wersji nie gra kolorystycznie. Myślę, że to w pewnym stopniu wina fakturowanego papieru, w którego rowkach położyły się cienie przez które ilustracja wygląda na zabrudzoną.
Dla porównania zamieszczam wersję ze zgaszonymi kolorami:

 - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Characters belong to Margit Sandemo.
Illustration belong to me!


środa, 12 czerwca 2013

Córki Kapelusznika

Szkic liczy sobie około siedmiu lat.
 Nie mogę ukończyć tej ilustracji - albo kolory są nie takie, albo zły papier... męczy mnie przerysowywanie co rusz oryginału.Kserowanie szkicu na papier odpowiedni do malowania też odpada (tak twierdzą pracownicy punktów drukarskich). Zaś sam szkic (szkic tuszem, A3) uważam, za całkiem udany, więc po tylu latach zdecydowałam się go puścić w świat.


Zapraszam do "Ruchomego Zamku Howla" pióra pierwszej damy fantasy, Diany Wynne Jones:

"W krainie Ingarii, gdzie siedmiomilowe buty i płaszcze-niewidki istnieją naprawdę, pechowo jest się urodzić jako najstarsze z trójki rodzeństwa. Wszyscy wiedzą, że ty pierwsza poniesiesz klęskę, i to najgorszą. jeśli cała trójka wyruszy szukać szczęścia.

Sophie Kapeluszniczka była najstarsza z trzech sióstr. Nie była nawet córką biednego drwala, który mógł jej zapewnić jakieś szanse na sukces. Jej rodzice, ludzie zamożni, prowadzili sklep z damskimi kapeluszami w kwitnącym miasteczku Market Chipping. Matka Sophie zmarła, kiedy dziewczynka miała dwa lata, a jej siostrzyczka Lettie zaledwie rok. Ojciec poślubił najmłodszą sprzedawczynię w sklepie, ładną blondynkę, Fanny.


Fanny wkrótce urodziła trzecią siostrę, Martę. Sophie i Lettie powinny wtedy zmienić się w Brzydkie Siostry, ale w rzeczywistości wszystkie trzy wyrosły na bardzo ładne panny, chociaż Lettie uważano za najpiękniejszą. Fanny jednakowo dobrze traktowała wszystkie trzy siostry iani trochę nie faworyzowała Marty.


Pan Kapelusznik był dumny ze swoich trzech córek i posłał wszystkie do najlepszej szkoły w mieście. Sophie uczyła się najlepiej. Dużo czytała i bardzo szybko zdała sobie sprawę, że jej przyszłość zapowiada się nieciekawie. To ją rozczarowało, ale na razie 'dzielnie opiekowała się rodzeństwem i przygotowywała Martę, żeby w odpowiednim czasie wyruszyła szukać szczęścia.


Dwie młodsze siostry często skakały sobie do oczu. Lettie bynajmniej nie pogodziła się z faktem, że jako drugą w kolejności czeka ją najgorszy los po Sophie.
- To niesprawiedliwe! - krzyczała. - Czemu Marta ma dostać wszystko, co najlepsze tylko dlatego, że urodziła się ostatnia? To ja poślubię księcia i już!
Na co Marta zawsze odpowiadała, że ona wcale nie musi za nikogo wychodzić, i tak będzie obrzydliwie bogata.


Potem Sophie odciągała od siebie skłócone dziewczynki i cerowała im sukienki. Bardzo zręcznie radziła sobie z igłą. Z czasem zaczęła również szyć stroje dla sióstr, Pewna ciemnoróżowa kreacja, którą uszyła dla Lettie, na Majowe Święto, zanim ta opowieść naprawdę się zaczyna, zdaniem Fanny wyglądała tak, jakby pochodziła z najdroższego sklepu w Kingsburry."



Którą z sióstr polubiliście?
(Brak kolorów zaburza istotną rzecz - nie widać, że Sophie jest rudzielcem.)
Chociaż ubóstwiam ekranizację Miyazakiego, to jednak książkowa wersja mnie ujęła znacznie bardziej. Przez wiele lat nie ruszałam się bez niej z domu - służyła mi za swego rodzaju talizman.

Cudowna muzyka Joe Hisaishi:


Od pomysłu po ilustrację


Ze względu na pytania o sposób w jaki pracuję zamieszczam poniżej kilka wskazówek. Za mało mam materiałów, aby nazywać post tutorialem, jednak jeżeli się znajdą zainteresowani przy okazji kolejnej pracy będę bardziej dokładnie uwieczniać etapy powstawania obrazka akwarelowego.

Zaczynam od dobrania papieru o wysokiej gramaturze. Najczęściej Canson 250 g/m2 albo Koh-I-Noor 250g/m2. Wybór wynika tylko z łatwej dostępności tych bloków.
Korzystam również z papierów z serii White Night - do najbardziej "poważnych" prac. 
Niektóre papiery są fakturowane, niektóre gładkie - dobieram je w zależności od efektu na którym mi zależy.

 Jedną kartkę, albo fragment papieru poświęcam do testowania kolorów.



Przygotowuję słoiczek z wodą, kartkę przyklejam taśmą malarską do podłoża i wybieram pędzle - w zależności od tego, co planuję malować dobieram odpowiednie grubości, ale w praktyce i tak w ruch idzie zwykle wszystko, co mam pod ręką. Najczęściej sięgam po 16stkę z miękkiego włosia (z czego to futro, już niestety nie pamiętam), okrągłe pędzle: 0/2, 0/3, 1, 2, 3 oraz płaskie pędzelki 6 i 8. Do malowania szczególików używam okrągłego pędzelka 4 o długim włosiu.
Sporadycznie korzystam z pędzla wachlarzowego.
Z racji, że jestem zwolenniczką techniki mokre-na-mokrym używam również dużego, szerokiego pędzla (ten na zdjęciu chyba jest zwyczajnym pędzlem tapet, podprowadzonym ojcu z jego zestawu zabawek do remontów...).


Korzystam z dwóch rodzajów farb akwarelowych: w tubkach i w kostkach. Pozwalają one na uzyskanie różnych efektów.
Sięgam również po kredki akwarelowe - dają jeszcze inne rezultaty.


Często używam tuszu. Białego, czarnego, czerwonego, chińskiego itp.
Wtedy niezbędnym narzędziem staje się paletka ceramiczna - łatwo na niej uzyskiwać odpowiednie nasycenie tuszu, a lakierowana powierzchnia "nie pije" materiału (plastik i drewno nasiąkają tuszem!).



Proces kreacji zaczyna się zazwyczaj przy lekturze, wieczorem z parującą herbatką pod ręką.
Jeżeli jakiś opis/fragment tekstu/miejsce/bohater wyjątkowo ładnie mi się wyobrazi podejmuję próbę przeniesienia tej wizji na papier. Nie zawsze udaje się tak, jakbym sobie tego życzyła. Zwykle w mojej wyobraźni wszystko wygląda lepiej. Podobno to ból każdego artysty ^^'...


Pierwsze rysunki koncepcyjne prawdopodobnie tylko dla mnie wyglądają sensownie. Bazgrolstwa w zeszytach, notesach, kalendarzach, machnięte pod wypływem chwili "na kolanie". Później na ich podstawie dopracowuję szkic ołówkiem.

Nie mogłam znaleźć nigdzie pierwszego szkicu postaci Sol Angelicy, dlatego podaję porównanie konceptu i finalnej formy do pracy "Come on, Sadi..." (w opisie obrazka na deviancie znajduje się fragment książki, który mnie zainspirował).


Po przerysowaniu szkicu na czysto na wybrany papier poprawiam kontury pisakami kreślarskimi, markerami lub długopisami (uwielbiam długopisy w gwiazdki firmy TOMA).


Na tym etapie decyduję, które obszary pracy mają pozostać bieluśkie i nieskalane farbą. Na nie nakładam płyn maskujący (na dole, to-to żółtawe, w dotyku jak guma).

... następnie maluję pierwszą warstwę.
Jak wspominałam preferuję mokre-na-mokrym, więc w pierwszej kolejności całą polać kartki smaruję szczodrze wodą, a dopiero w następnym kroku maziam po niej farbą.
Kiedy pierwsze działania nieco przeschną (albo im w tym pomogę suszarką), zakładam kolejne kolory. W taki sposób, aby z plam w końcu wyłoniły się kształty. Cały czas uzupełniam poszczególne miejsca płynem maskującym - niestety mam tendencję do wyjeżdżania za linię, a nie każdą plamę da się bez szkód wywabić z miejsc niepożądanych.



 Wreszcie ściągam wszystkie warstwy płynu maskującego.
Na tym etapie już wiem jaką formę przybierze praca na końcu i zarazem mam jeszcze miejsce na manewry decydujące.


Dla przykładu: wykonując powyższe zdjęcie uznałam, że kiecka Sol nie pasuje do motywu kolorystycznego, jaki obrałam. Musiałam ściągnąć kolor (a to bardzo mokry i delikatny proces), wówczas mogłam pomalować sukienkę na kolor ćwikły (sama byłam zaskoczona, że maluje na buraczkowo - na palecie tak nie wyglądał).

Na sam koniec przechodzę do szczegółów.





Następnie skanuję pracę i w Photoshopie wprowadzam ostatnie poprawki - jak czyszczenie plam czy nasycenie barw. 


Finito!



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Sol Angelica





„(…)Sol z przerzuconym przez ramię węzełkiem w podskokach nadbiega od strony lasu, a w ślad za nią podąża jej czarny kot.”
~ Polowanie na czarownice, Margit Sandemo


„W koronach drzew rozbrzmiewał ciężki chorał. Głęboki ton grzmiał i dźwięczał jak chór mnichów w ogromnej katedrze. Żałośnie przepowiadał smutek i nieszczęścia. Sosny chwiały się na wietrze, uginały, ze zgrzytem i trzaskiem gałęzi. Zza pędzących chmur od czasu do czasu wyłaniał się blady, jesienny księżyc

Sol biegła przez las roześmiana, jakby upojona pogodą. Burza współgrała z nastrojem jej duszy.
Była teraz dorosła i wolna; wolna jak ta wichura szalejąca w koronach drzew. Wolna, bo mocno przyciskała do piersi węzełek Hanny, który tego dnia odebrała od Tengela. Wcześniej pożegnała się ze wszystkimi domownikami w Lipowej Alei.
Teraz nadszedł jej czas.”
~ Otchłań, Margit Sandemo


Ilustracja tworzona z myślą o powyższych fragmentach, zarazem zasilająca serię "Czarownice i Czarnoksiężnicy"*. Akwarelka 30 x 23 cm podrasowana delikatnie w Photoshopie.
 Cackałam się z tym obrazkiem niemal przez miesiąc. Po drodze musiałam zmienić płyn maskujący, co się odbiło na jakości  szczegółów (nowy płyn, o którym wspomniałam w poprzednich postach jest znacznie lepszy), kieckę przemalować od podstaw - bo nie zgadzała się z wybranym motywem kolorystycznym itp.

Wiem, że kot jest "łomatkoboskojasnobramsko", wiem. Zirytowałam się na niego, za tę całą jego złośliwą nieforemność i porzuciłam drania - niedopracowany za karę! Najbardziej zadowolona jestem z drzew (nie irytowały mnie i wychodziły tak, jak chciałam, więc dopracowałam ;) ).
Sama postać Sol budzi raczej kontrowersje, niż satysfakcję - co o niej sądzisz?


Sol Angelica była radosnym wiedźmiszczem prowadzącym bujne żywot na przełomie XVI - XVII wieku. Odznaczało ją wiele sprzeczności - od imion kontrastujących z charakterem począwszy, a na kontrowersyjnym i bardzo indywidualnym podejściu do zasad etycznych skończywszy, - co zawsze wzbudzało sympatię czytelników.

Sol spłonęła na stosie w 1602 roku. Po śmierci, jako duch, sprawowała pieczę nad potomkami rodu. Przy tym często oprócz pomocnych czarów wprowadzała radosny chaos. Nie każdy mógł ją zobaczyć, ale zawsze odpowiadała na prośby o pomoc.


Za oknem burza, na ilustracji również wietrznie i przedsztormowo, w tekście mowa o duchach, dlatego proponuję "What Else is there" 
I am the storm, I am the wonder...
---------------------------------------------------------------------------------------------------------

*Najistotniejsze elementy obecne: wiedźma, kot i węzełek z różnymi czarodziejskimi okropieństwami, odziedziczonymi w spadku po Hannie.

poniedziałek, 20 maja 2013

Affected Pairs VI - Heike i Tula

W wyniku utrudnień z dostępem do Internetu ilustrację zamieszczam z tygodniowym opóźnieniem (co zasadniczo nie zmienia nic, poza tym, że budzi moją buchającą irytację - przyznaję, że zbyt długo bez sieci wytrzymać nie potrafię).


Czasy Heikego i Tuli to czasy zmagania się z mocą fletu, pozornie niewinnego...
Zadowolona jestem z ubrań postaci: Heike nosi ubiór "Szweckiego właściciela ziemskiego" z około 1800 roku, zaś fartuszek, gorset i czepek Tuli nawiązują do szwedzkich strojów ludowych.

Zapraszam na mojego devianta!

środa, 24 kwietnia 2013

Isfolket Valley

Ruszam z publikacją przygotowywanego od jakiegoś czasu cyklu ilustracji "Czarownice i Czarnoksiężnicy" / "Witches and Warlocks".

Pomysł na serię narodził się wieki temu, ale niestety moja wola tworzenia jakoś nieprzyjemnie utożsamia się ze Scarlett O'Harą ("Och, pomyślę o tym jutro...") - dzięki temu mam tysiące szkiców pochowanych po szufladach lub spisanych hasłami pomysłów na ilustrację. Zaś samych prac - zero.

Zaczęłam od lustracji do "Sagi o Ludziach Lodu" ["Sagen om Isfolket" - norw.] - ochłonęłam z zainteresowania lekturą lata temu, jednak moja mama niedawno sięgnęła po ten tytuł, a dawne wyobrażenia do mnie wróciły z całą wyrazistością.

Otwieram temat SoLL jednym z bardziej mistycznych miejsc Sagi - Doliny Ludzi Lodu.



Praca znajduje się również w mojej galerii na DeviantARTcie! 


W tomie "Kwiat wisielców" [Galgeblomsten - norw.] troje krewnych wyrusza do doliny z której wywodzi się ich ród. Wyprawę inicjuje młody badacz, Szwed, Dan Lind, którego interesuje historia, owszem, ale przede wszystkim ma zamiar poszukać ciekawych okazów botanicznych.
 Czy tego chce, czy nie chce do wyprawy przyłącza się para dotkniętych, przedstawiciele dwóch pokoleń, którzy urodzili się naznaczeni dziedzictwem zła (nie jestem przekonana, czy to takie "zło" potrafić skutecznie czarować i nie borykać się z wyrzutów sumienia...) - wuj Ulvhedin oraz równolatka Dana - wiedźma Ingrid.
Oni zresztą również szukają w dolinie szczególnej rośliny, tak zwanego kwiatu wisielców...

Well, ilustracją nawiązałam do tej nocy, gdy zwiedźmieni kuzyni mogli się wreszcie pobawić w ważenie szczególnych eliksirów...

Witam!

Wreszcie się w sobie zebrałam dostateczne pokłady cierpliwości (po trzech miesiącach przygotowań...) by ogarnąć meandry blogspota.

Blog będzie miał charakter rzemieślniczo-artystyczny. Chcę się podzielić (i co tu kryć: zareklamować) swoje prace. Troszkę tego jest: malarstwo, rzeźba, fotografia, literatura, ale przede wszystkim ilustracje.
Jeżeli pojawią się zainteresowani mogłabym przygotować kilka tutoriali z malarstwa akwarelowego.

Chwilowo, na poły z lenistwa, na poły z braku czasu, blog będzie prowadzony po polsku, później/niedługo chciałabym uskuteczniać wersję dwujęzyczną.

Zapraszam do śledzenia mojej strony(stalkingmania?) i za zainteresowanie dziękuję!

 Moja galeria deviantART